Blog
Bez taryfy ulgowej
rekontra
rekontra REAKCJONISTA
186 obserwujących 639 notek 1004170 odsłon
rekontra, 5 lipca 2012 r.

Z księżniczką Isią w Londynie

 

„Cieszę się, że żyję w świecie, w którym istnieje Agnieszka Radwańska” - James LaRosa,
 
Brytyjska prasa z przerażeniem donosi, że lipiec, a szczególnie jego początek, będzie najbrzydszy i najbardziej mokry od 250 lat. Napiszę słownie liczbę lat – dwieście pięćdziesiąt. Jest coś takiego możliwym w tradycyjnie dżdżystym Londynie? Niespodziewanie mokry lipiec? Przecież leje tam zawsze, a gdy nie leje to mży. Jak widać, jest możliwy jeszcze bardziej mokry lipiec. A przecież w Londynie jest Agnieszka – myślę sobie głośno.
Donoszą także, że w sobotę ze względu na ulewny deszcz i wyładowania atmosferyczne lepiej nie wychodzić z domu na londyńską ulicę. A przecież w sobotę jest finał. W sobotę mają się ziścić marzenia. Ma zamknąć się koło, ma spiąć się klamrą pierwszy etap sportowej drogi najlepszej polskiej tenisistki. Myślę, że Wimbledon by się zachwycił, i Londyn też i cały tenisowy świat.
Przecież właśnie w Londynie szesnastoletnia Agnieszka z Krakowa odniosła swój pierwszy wielki sukces wygrywając wielkoszlemowy juniorski Wimbledon 2005. Osiem lat później dopełnienie tradycji.
To są to moje krótkoterminowe, wybiegające do przodu zaledwie na kilka dni marzenia i ich finał, w sobotę na głównym korcie. Zamykam oczy i widzę jak Serena Williams ściska dłoń Agnieszce. Bez żalu. Taki uścisk dłoni oznaczałby, że Agnieszka Radwańska będzie numerem jeden światowego tenisa. Chociażby i przez tydzień niech chodzi w koronie.
Ale po kolei. Nie wiem jak wygląda sprawa lipca w Polsce, ale wczoraj, a więc we wtorek o szóstej rano obudziło mnie bicie piorunów i grzmiąca ulewa. Pierwsza rzecz, jaką zrobiłem nie wstając z łóżka, było sprawdzenie prognozy pogody. Przewidywany opad deszczu 3,4 mm. Oczywiście w Londynie. Przede mną 8 godzin czekania. O 14.30 Agnieszka Radwańska rozegra historyczny mecz. Pisząc precyzyjnie, jeżeli Isia mecz wygra, to przejdzie on, ten mecz, do historii. Polska tenisistka też. To będzie nie tylko jej pierwszy półfinał Wielkiego Szlema, to będzie – mój komputer nie posiada złotych zgłosek – półfinał WIMBLEDONU.
Tenis to jednakże Wielka Brytania. Przecież nie kto inny, a najbardziej znany w Polsce angielski król Henryk VIII, popularny dzięki licznym żonom (nie pochwalam), który już w młodości celował w tenisie, wprowadził do niego serwis, czyli serwowanie rozpoczynające gema. Znaczna otyłość, a także strój królewski utrudniały podrzucenie piłki, dlatego robili to za niego służący. Stąd nazwa pierwszego uderzenia – od słowa servants.
Angielska tradycja i angielskie prawo, lubię i nieustannie podziwiam. Królewskie nowinki również. W sobotę podczas meczu zawodnika gospodarzy Murray'a i Cypryjczyka Marcosa Baghdatisa, o godz. 22.30 kibice ze zdumieniem przeczytali na telebimie komunikat, że mecz zostanie przerwany o 23, niezależnie od okoliczności. (jest coś podobnego możliwe w Polsce? Na szczęście mecz zakończył się dwie minuty po dwudziestej trzeciej.
Po prostu turniej ma umowę z hrabstwem Merton, że przed północą kibice muszą opuścić dzielnicę. Tak działa prawo w Wielkiej Brytanii.
A, gdy zapytano szefa turnieju, dlaczego nie można zaczynać meczów na korcie centralnym o półtorej godziny wcześniej, tak jak na innych kortach, czyli o 11.30? Udzielił banalnej odpowiedzi: „Bo taka jest tradycja”.
Prawo i tradycja, ale mamy XXI wiek, gdzie miejsce na odrobinę nowoczesności? Jest. Wybiegam kilka godzin naprzód (dokładnie siedem godzin od momentu rozpoczęcia meczu) i czytam na Twitterze - „Cieszę się, że żyję w świecie, w którym istnieje Agnieszka Radwańska”. Ładnie sformułowany komplement.
Napisał te słowa znawca tenisa James LaRosa, i czy trzeba czegoś więcej? Czy mogę pęcznieć z dumy jako Polak?
Po prostu Agnieszka Radwańska udowadnia, że w tenisie nie potrzeba bombowych uderzeń żeby zwyciężać, nie trzeba katować drobnego ciała na siłowni i faszerować się różnokolorowymi specyfikami. Stalowe nerwy, hart ducha, fenomenalna ręka (podsłyszałem wczoraj), oraz bardzo wysokie IQ. Razem ze mną te słowa angielskiej komentatorki usłyszały dziesiątki milionów widzów na świecie.
I wczoraj, najpierw długie oczekiwanie, a potem w końcu ćwierćfinał Maria Kirilenko i Agnieszka Radwańska, set pierwszy, zażarta walka o każdą piłkę, jest 4: 3, deszcz, dwugodzinna przerwa. U mnie burza, prąd wyłączony na godzin kilka. Śledzę w komórce, wygrana w pierwszym secie, przegrany set drugi, i 4:4 w secie trzecim, i sędzia ogłosiła, że mecz będzie dokończony jutro.
Agnieszka Radwańska powiedziała po zwycięstwie, że ten dzień miał dla niej czterdzieści godzin.
Tymczasem, niespodziewanie, po prawie siedmiu godzinach walki przerywanej deszczem, na główny kort o 22.30 weszły ponownie. Polka i Rosjanka miały czas (prawo hrabstwa Merton) do dwudziestej trzeciej, tylko pół godziny, niezbyt wiele. I cóż nastąpiło potem?
Ostatni trzy gemy, to zwycięstwo hartu ducha, stalowych nerwów, pierwsze ćwierćfinałowe zwycięstwo księżniczki Isi w Londynie.
Pisałem na łamach „Warszawskiej Gazety” w artykule „Księżniczka Isia”, w październiku ubiegłego roku, że jej zwycięstwo w Pekinie, w tak pięknym stylu, bardziej poprawiło wizerunek Polski, niż liczne ekskursje polskich polityków do Chin. Drobna Isia Radwańska ważyła więcej, niż wszystkie wspólne interesy ministrów Donalda Tuska z Chińczykami.
Dzisiaj można napisać, już można napisać, niezależnie od wyniku meczu półfinałowego, że księżniczka Isia waży wielokrotnie więcej niż ważą wszyscy nasi piłkarze EURO (tak ich nazwijmy), włącznie z rezerwowymi, nawet gdy dorzucimy na szalę trenera Smudę, prezesa Lato i Pierwszego Kibica III RP. Takiej miary jest to sukces.
W 1937 gdy inna krakowianka Jadwiga Jędrzejowska zostawała wicemistrzynią Wimbledonu, nie było rozsuwanych dachów, nie było sportowych telewizyjnych horrorów o dwudziestej trzeciej, telewizja raczkowała, chociaż już potrafiono przesłać obraz kolorowy z Londynu do Nowego Jorku. Nie było Internetu, nie było YOU Tube, musiało wystarczyć gazetowe zdjęcie Jadzi z Londynu, ale dzisiaj … Jadwiga Jędrzejowska jest legendą polskiego tenisa.  
Po 75 latach Agnieszka Radwańska weszła do półfinału, jutro, czyli w czwartek mecz z Angeliką Kerber, Niemką z Puszczykowa, czyli Polką, której babcia śmiertelnie się obraża na mówiących o niej „Niemka”.
A w sobotę – finał marzeń – Agnieszka Radwańska i Serena Williams. Księżniczka z królową, na korcie, siłowy tenis będzie potykał się z inteligencją i przebiegłością, sprytem Agnieszki.
I niech wygrają łzy księżniczki Isi. Niech to będą łzy szczęścia.
 
Tekst ukaże się jutro w "Warszawskiej Gazecie" .
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Ostatnie komentarze

  • @Aleksander Bączek Tak się składa, że czytam również wszystkie teksty o tenisie i...
  • @j.k.50 Oczywiście, że boją się jej wpływu na poglądy młodych, panicznie się boja....
  • @Godziemba Witaj Godziembo dobrze byłoby gdyby w tym roku dołączyła do niej Ula, do...

Tagi

Tematy w dziale