Blog
Bez taryfy ulgowej
rekontra
rekontra REAKCJONISTA
186 obserwujących 639 notek 1004170 odsłon
rekontra, 29 kwietnia 2012 r.

SPACER Z JANEM LECHONIEM

 

i z tym wszystkim ma się wrażenie, że to nie żadna jaskółka wolności, tylko ponury nocny ptak niewoli wzniósł się nad Warszawą … widać, że wcale strach ich nie opadł, tylko naszedł jakby jeszcze większy, strach przed niewiadomym.
 
Wracam do Jana Lechonia. Dość często wracam. Tak jak wracam do Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, i do Zbigniewa Herberta. Odtrutka na medialną inżynierkę dusz. Spaceruję wśród myśli wyrażanych wprost. Gdzie „tak” jest tak, a nie znaczy nie. No i czytam listy. Pochłania mnie lektura potwornie nudnych listów. A listów przybywa, już jest ich całe mnóstwo. Rośnie góra listów, już nie do przeczytania.
Lechoń notował w 1956 roku, że jest za dużo książek, obrazów, muzyki, a także, że jest za dużo o książkach, o obrazach i muzyce. To nie jest rozwój kultury, to jej standaryzacja i pogrom. No i te recenzje grafomańskich książek, i te literackie tygodniki francuskie (poeta po wojnie mieszkał w Nowym Jorku), te laurki „Wiadomości" i laureaci „Kultury". Spacer da więcej – przekonywał.
Co napisałby dzisiaj? Gdy postęp jest geometryczny, gdy ludzie są przytłoczeni, wręcz przywaleni możliwościami. Brakuje na ten „postęp” odpowiedniego obrazowego określenia – nie lawina dzieł, nie piramida, nie drapacz chmur utworów, niech będą Himalaje „artystycznych pobudzeń”, niech będzie to fala tsunami arcytworków, ale także dostęp do arcydzieł. I wszystko w zasięgu dotknięcia ekranu, kilku kliknięć myszką.
Rembrandt – proszę bardzo, w sekundę jego obraz na wyświetlaczu iPada, w rozdzielczości 2048x1536, niewyobrażalne nasycenie kolorów i imponująca liczba 3,1 miliona pikseli, o milion więcej niż na ekranie telewizora HD. Czyż pędzel malarza więcej razy miał kontakt z płótnem? Wiersz Ezry Pounda – w sekund dwie na ekranie telefonu. Opera czy koncert, mazurek czy polonez, głos Whitney Houston czy mojej ulubionej, nie wiedzieć dlaczego, Cher. WSZYSTKO.
Książka wielotomowa? Prawie każda w ciągu minut kilku. Chwilowo, oprócz tych socrealistycznych, „Władzy” czy „Poza prawem”, tych z kanonu socrealizmu, których znikanie z biblioteki w Oborach obserwował Herbert.
Co dzisiaj napisałby Lechoń, gdzie uciekłby, na jak długi spacer by się udał? Uważał, że pisarzowi spacer da znacznie więcej niż obrazy, muzyczne utwory czy książki.
Dlatego wczoraj późnym wieczorem, spacerowałem z Janem Lechoniem. Moją odtrutką na medialną nicość.
Cóż się wydarzyło? Właściwie nic. Tylko usłyszałem ostrzeżenie jednego z dyżurnych inżynierów dusz. Ireneusza Krzemińskiego ostrzeżenie: „Powiedzmy to wprost - idzie nacjonalizm”.
I mógłbym napisać, że jest ślepy, że zdurniał, ale przecież wie doskonale, co mówi, kiedy mówi, gdzie mówi i dlaczego (a właściwie „po co”) mówi. Mógłbym polemizować, łatwiutki polemiczny cel, pstryczek w ucho, ale nie będę, gdyż jego słowa to nie jest objaw głupoty, lecz zwykła kalkulacja. Cena obecności w telewizorze, ale nie tylko. Gdyż o nacjonalizmie słychać było we Lwowie w 1939 roku, w 1945 roku w Łodzi w kuźni pisarzy i w latach następnych w Warszawie. Nic nowego. Alibi dla przeróżnych heglowskich ukąszeń.
I sięgnąłem do Lechonia również dlatego, gdyż natrafiłem na słowa Tadeusza Mazowieckiego. Dostrzegł pucz i puczystów. Otóż jest jego troską, aby „od pewnego czasu trwający pucz w Rzeczpospolitej nam się nie utrwalił w coś bardzo niedobrego”. I gdy mówi, że pucz niszczy państwo, i że wnosi nienawiść w życie publiczne, to aż się prosi o przypomnienie słów redaktora Mazowieckiego z 1953 roku, prosi się o zacytowanie prasowy donos na ks. biskupa Czesława Kaczmarka, który prowadził działalność wrogą wobec interesu narodowego i postępu społecznego, w dodatku podrywał zaufanie w trwałość władzy ludowej, a także uwikłał się we współpracę z ośrodkami wywiadu amerykańskiego. Zbrodnie wystarczyłyby na kilka procesów i kilku oskarżonych.
Ale, przecież to ten sam Mazowiecki. Przecież to były jego własne troski. Trwałość władzy ludowej. To wówczas przestrzegał, w 1953 roku, że wyciągnięcie wniosków z procesu biskupa Kaczmarka jest konieczne, aby podobna sytuacja nie miała nigdy więcej miejsca. Wzywał polskich katolików, aby imperializm amerykański otrzymał stanowczą od nich odprawę.
Od Lechonia wiem, zresztą każdy będąc po pięćdziesiątce potwierdzi, że to, co było kilkadziesiąt lat temu, odczuwa się jakby działo się wczoraj. Czyżby Mazowiecki był tego wyjątkiem? Czy nie powinien, ze względu na swe bogate doświadczenia peerelowskie, słów bardziej ważyć? Zanim oskarży kogokolwiek o cokolwiek, nie powinien zrobić kilkudziesięciu rundek wokół stołu, zbytnio się nie spiesząc? I najlepiej, by uciął sobie następnie drzemkę.
Przecież prowokuje słuchacza i telewidza, doprasza się, by ten zajrzał w jego duszę, zachęca, by czytelnik odnalazł jego alter ego w „Biesach” Dostojewskiego.
Dlaczego w „Biesach”, skąd takie skojarzenie?
Kartkując „Dziennik” Lechonia, zatrzymywałem się i zanurzałem w jego myślach. Łowiłem spostrzeżenia, wyławiałem zdania i pojedyncze słowa. I złowiłem kilka dusz „Dostojewskiego” i spotkałem „lubusia” (smaczne) i „świniologię” (jak to się stało, że wcześniej przeoczyłem?).
Najpierw wyłowione zdanie. Otóż 27 kwietnia 1953 roku Lechoń zanotował: „Gombrowicz mówi w swoim Trans-Atlantyku: „jestem świnia", i Wittlin uważa z tego powodu, że jest on moralistą”.
Czyżby rok 2012-y, tak mało się różnił od 1953-ego?
Z tym, że dzisiaj nie mówi się „jestem świnia”, nikt nie bije się we własne piersi, mówi się w różnej formie „Polacy są tacy, owacy” – i odpowiedni przymiotnik, albo rzeczownik. Nacjonalista – jak najbardziej. 
Ale kto opisze duszę Mazowieckiego?
Lechoń notuje, że nie musiał czytać w „Przeglądzie Kulturalnym" rozprawy Putramenta z Miłoszem (rozprawy traktowanej dosłownie), że nie potrzebował jej czytać, aby wiedzieć, kto jest ten lubuś, któremu lepiej nie zaglądać do duszy. I zauważa, że dopiero ktoś trzeci mógłby ich opisać naprawdę, pokazując „dwa typy nie przypadkiem zabłąkane do komunizmu, bo oba w końcu z Dostojewskiego”. A przecież trzecia RP jest bogata w przeróżnych „lubusiów”, tylko mniejszej miary, no i gdzie im do intelektu Czesława Miłosza.
Lechoń puentując myśli o moralistach spod wezwania „jestem świnia” zauważa, że spustoszenie w pojęciach moralnych jakie zrobił Dostojewski jest przerażające.
Przed wojną, gdy się zrobiła moda na brzydkie kobiety mówiło się, że Hapa Bormanowa jest najpiękniejszą warszawianką. Coś podobnego jak teraz z moralnością – zauważa poeta.
Nie miałem okazji poznać urody Bormanowej, wpisałem, więc jej dane do wyszukiwarki grafiki google i wyskoczyło (nie wiedzieć czemu) zdjęcie Ryszarda Kalisza i Tadeusza Mazowieckiego. Nieszczególnie zresztą udane.
Czytelniku. Zalecam spacery z Lechoniem, z Herlingiem – Grudzińskim też. Ale czasem trzeba zstąpić do „czyśćca” Konwickiego i jego upiorów. Jego stalinowskie alibi to także nacjonalizm.
Nadchodziła odwilż, kilkuletni był to proces, gdyż mitem jest, że w 1956 rewizjonistom otwarły się ślipka i Konwicki prowadził dziennik przeciwko Październikowi. Niestety go spalił. Buntował się przeciwko temu, że z dnia na dzień wszyscy pieriekinulis. Patrzyli na niego jak na frajera: „Ty wierzyłeś?”.  Ważyk do niego przemówił: „To pan jako stalinowiec tego nie wiedział?! Panie Tadziu, czy pan zwariował? !"
Mamy 2012 rok. Widzę analogię. Udawana wiara w stek kłamstw. Przecież oni udają, że w nie wierzą.
A co potem?
Lechoń pisze tuż przed śmiercią, że w Kraju kajanie się, plucie na Stalina, wezwanie do wolności … i z tym wszystkim ma się wrażenie, że to nie żadna jaskółka wolności, tylko ponury nocny ptak niewoli wzniósł się nad Warszawą. Nikt nie mówi o tym, co czuje, jak myśli, tylko przymierza się do Lenina, jak kiedyś do Stalina, węszy, co teraz nakażą mu z Moskwy … widać, że wcale strach ich nie opadł, tylko naszedł jakby jeszcze większy, strach przed niewiadomym.
Ta „odwilż" to ponury taniec niewolników - świadectwo, że już większość z nich nigdy nie wydobędzie się z niewoli. Prawie, że mnie bardziej przeraża ten „bunt" niż tamto posłuszeństwo - które zdawało się nam tylko maską. Straszne, co się w tych ludziach dzieje.
Dosłowny cytat do znalezienia w „Dziennikach” Jana Lechonia pod datą 17 kwietnia 1956 roku.Dwa miesiące później już nie żył. 
 
Tekst ukazał się w Warszawskiej Gazecie
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Ostatnie komentarze

  • @Aleksander Bączek Tak się składa, że czytam również wszystkie teksty o tenisie i...
  • @j.k.50 Oczywiście, że boją się jej wpływu na poglądy młodych, panicznie się boja....
  • @Godziemba Witaj Godziembo dobrze byłoby gdyby w tym roku dołączyła do niej Ula, do...

Tagi

Tematy w dziale